niedziela, 1 kwietnia 2018

Rozdział 78





Kilkanaście dni później

Byliśmy już jakiś czas w trasie i tak szczerze, to miałam dość. Byłam zmęczona, zestresowana, wkurwiona na cały świat, a chłopaki nie pomagali.
Siedziałam teraz na kolejnym spotkaniu z fanami. Raany, ileż można? Jeszcze te dwa ćwoki ciągle robiły głupie miny. Tzn. W ich mniemaniu były one seksowne i rozpalające kobiece zmysły. Czasem żałuję, że muszę się do nich przyznawać...

Najgorsze jednak było to, że ci geniusze zażyczyli sobie wynajmu małych domków w jakimś buszu. Noo dobra. Obok lasu. A wszystko dlatego, że mieliśmy w tym mieście dwa koncerty z dniem przerwy. Tak właściwie, to gdzie my w ogóle jesteśmy? Okej. Nieważne. I tak za kilka dni będziemy gdzieś indziej. Przyglądałam się poczynaniom zespołu i traciłam wiarę w to, co widzę. Serio, gorzej niż w przedszkolu. Przeniosłam wzrok obok, na naszego nowego ochroniarza, Matt'a, ale nie znalazłam tam wsparcia. Co więcej, jemu się autentycznie podobały ich wygłupy. Czy ja nie mogę mieć normalnych współpracowników? Jakbym miała mało nerwów, to jeszcze gdzieś wcięło Jason'a. Naprawdę, kupię każdemu z nich obroże pod napięciem i jak zaczną się tracić/wygłupiać/irytować to z przyjemnością będę wciskać przycisk na pilocie. Te ich ozdóbki nawet pasowałyby do ich stylu. Może to nie jest taki zły pomysł? Ale nie przejdzie. Może ich jeszcze bym jakoś nakłoniła do przymierzenia, ale Jonathan już taki głupi nie jest i nabrać się nie da. Na 100% mi zabroni. Ale czy ja go kiedykolwiek słuchałam? Nie. Ja naprawdę mam straszne problemy, że wymyślam takie głupoty. To pewnie z nudów...
-Ann? Czy oni zawsze są tacy... szaleni?- odezwał się do mnie Matt.
-Zgadnij. Widzę, że lubisz takie coś. Cóż, dogadacie się.- burknęłam. Trochę dziwnie się czułam, siedząc obok niego. Matt Yanni był taki... duży. Rzuciłam okiem na jego biceps, a mój. Okeeej. Przynajmniej teraz zespół ma bodyguarda z prawdziwego zdarzenia. Teraz to do jego zadań należy ochranianie chłopaków przed szalonymi fankami.

-Przestań. Jestem tylko zwykłym facetem. Gwiazdy nie zadają się z takimi ludźmi.- żachnął się.
-Gdzie ty tu gwiazdy widzisz?- zdziwiłam się. -Ze mną nie kumplują się tylko dlatego, że jestem ich managerką.
-A-Ale przy tym jesteś dziewczyną jednego z nich.- zauważył.
-Ale właściwie, to od niedawna.- przewróciłam oczami.
-Jakie od niedawna? Zaraz trzaśnie wam pół roku.- usiadł obok mnie Jake. Spojrzałam na niego zaskoczona.
-Jak to?- zamrugałam, próbując szybko policzyć w myślach upływ czasu.
-Zaczęliście chodzić ze sobą we wrześniu. A mamy końcówkę lutego.- uświadomił mnie gitarzysta. O cholera. Faktycznie!
-Co masz taką minę, kociaku?- dołączył do nas Ash.
-Właśnie do niej dotarło, że jesteście razem już pół roku.- wyszczerzył się Pitts.
-ILE?!?!?!- wrzasnął Ashley tak, że wszyscy przenieśli na niego swój wzrok.
-To trzeba zgłosić do księgi rekordów Guiness'a. Tyle czasu, a my dalej żyjemy.- pokręciłam głową.
-Racja. Może dać na mszę dziękczynną?- spojrzał na mnie z całkowitą powagą Purdy. Nic na to nie odpowiedziałam, bo serio też o tym kiedyś pomyślałam. Pitts za to popukał się palcem w czoło. Załamał się chłopak. Ciekawe, kto pierwszy wykończy się z nich nerwowo...
-Właściwie, to dobrze.- mruknął pod nosem Ash, stając za mną.
-Czemu dobrze?- uniosłam głowę, żeby dojrzeć jego twarz.
-Bo to oznacza, że może dożyjemy do końca tej umowy.- szepnął mi na ucho. Pocieszające. Kto dożyje, to dożyje. Nie byłam pewna, co stanie się za jakiś czas, ale czułam, że moje załamanie jest coraz bliżej. Z każdym dniem miałam coraz większe trudności z koncentracją i zebraniem się w sobie. To tylko kwestia czasu. Muszę wyliczyć, ile mam urlopu. Niedługo się przyda...
-Okej, chyba możemy wracać. Głodny jestem.- jęknął Andy, wyrastając przed nami. Mieli dziś zagrać koncert, a nie zostało za wiele czasu. Była 14.
-Ty i CC to wiecznie jesteście głodni.- Jake przewrócił oczami. -A tak w ogóle, to gdzie on jest?
-Ktoś mówił coś o obiedzie?- podbiegł do nas perkusista. Ten to ma dobry słuch.
-O wilku mowa. Jedziemy coś zjeść. Namierz Jinxx'a i się zbieramy.- zarządził Biersack. Nie trzeba było Chris'owi dwa razy powtarzać. Tak szybko, jak się pojawił, tak szybko się stracił. Intrygujące. Nie minęły dwie minuty, a już byłam ciągnięta w kierunku naszego vana. Nawet się nie sprzeciwiałam, bo nie miało to najmniejszego sensu. Z bandą nienażartych facetów jeszcze żadna nie wygrała.

Kilka godzin później.

Moczyłam się zadowolona w wannie, korzystając z chwili spokoju. Dzieliłam domek z całym zespołem, co niespecjalnie mnie cieszyło, ale jedyną alternatywą było spanie na dworze. Jakoś nie miałam ochoty zaprzyjaźniać się z robaczkami, płazami i innymi żyjątkami. Chłopaki powoli szykowali się na koncert, wykłócając się o byle drobiazg. Na szczęście łazienka była doskonale wyciszona. Jedyny plus.
-Mała utopiłaś się? Nie mieszkasz tu sama.- do łazienki, jak gdyby nigdy nic, wszedł Purdy. Błyskawicznie zanurzyłam się bardziej w wodzie, ciesząc się, że zasłaniała mnie piana.
-Popieprzyło cię do reszty?!?!- krzyknęłam oburzona.
-O co ci chodzi? Gdzieś chyba muszę się umyć, nie?- burknął, zdejmując koszulkę i podchodząc do umywalki. No ja się chyba zabiję! Już miałam mu coś odszczekać, gdy do pomieszczenia wszedł CC. Serio, kurwa?
-O jak romantycznie. Niestety muszę wam przerwać.- powiedział z udawanym smutkiem.
-Czego?- warknęłam chamsko.
-Ogolić się chciałem.- zrobił ze swoich włosów kucyka i założył... Czepek? Za jakie grzechy los mnie tak doświadcza?
-To chodź obok. Zmieścimy się.- zaproponował Ashley, robiąc mu miejsce przy umywalce. Zamknęłam oczy. Nie chciałam na to patrzeć.

-Ostatni raz wynajęliśmy domek.- syknęłam.
-Czemu niby?!?!- jęknął rozdzierająco Andy.
-Następny kurwa mać! Czy ja nie mogę mieć chwili spokoju?! Poza tym, jestem bez ubrań!- wrzasnęłam.
-No dziwnie by było, gdybyś się kąpała w ciuchach.- bąknął niewyraźnie CC, zaabsorbowany goleniem. Rzuciłam mu mordercze spojrzenie, ale udawał, że nie widzi.
-Daj spokój. Ja jestem jak twój brat, jesteś dla mnie aseksualna. A Ash to twój, no... I na pewno nie przeżywa tego jakoś specjalnie.- Andy próbował mnie uspokoić, ale niezbyt mu to wychodziło. Zgrzytnęłam zębami nic nie mówiąc.
-Młody, a ty tu właściwie po co?- zaciekawił się basista.
-Włosy chciałem ułożyć.- stwierdził, jak gdyby nigdy nic, Andrew. No tak! Przecież to takie oczywiste! Kompletnie pozbawiona sił, zamknęłam oczy i powoli zaczęłam liczyć do 10. Nie dotarłam nawet do połowy, gdy przerwał mi głos Jake'a.
-Młody suń tą kościstą dupę, a nie stoisz w progu. Ooo... A więcej was matka nie miała?- Pitts zatrzymał się gwałtownie, na widok tylu osób.
-Wcale nie mam kościstego tyłka! Nie moja wina, że jestem szczupły!- Biersack strzelił focha. Zanurzyłam się bardziej w wodzie.
-Nie kurwa, wcale. Jak ty jesteś szczupły, to znaczy, że ja jestem gruby. Widział ktoś moją koszulkę?- Jake przejechał dłonią po twarzy.
-Ale którą?- spytał CC.
-Czarną.- „uściślił” gitarzysta.
-No jasne! Czarna! W życiu bym na to nie wpadł!- Ash uderzył się otwartą dłonią w czoło. -A jaka dokładnie, bo o ile pamiętam, to wszystkie bluzki masz czarne.
-Lepsze to, niż różowe koszule!- odgryzł się Jacob. Nie powiem, robi się ciekawie. Do kompletu brakuje już tylko Jinxx'a.
-Ja pierdolę, skończcie drzeć mordy, bo was na zewnątrz nawet słychać.- Ferguson wpadł oburzony do łazienki. Dlaczego ja o tym pomyślałam? No dlaczego?! Przecież od dawna wiem, że myślenie mi szkodzi. W tym wieku to chyba człowiek powinien się już uczyć na błędach.
-DOŚĆ!!! Wyjazd mi stąd! Wszyscy! Chciałam mieć chwilę odpoczynku!- przerwałam im, podnosząc głos.
-Ale Annie, nie musisz na nas krzyczeć, przecież ja nic ci nie zrobiłem.- Jinxx powiedział z wyrzutem.
-Specjalnie zajęłam tą łazienkę wcześniej, żeby mieć chwilę dla siebie. To nie, zawsze musi przeszkodzić mi banda idiotów, która nie ma innych, ciekawszych zajęć. Wypierdalać mi stąd i to natychmiast, zanim się zdenerwuję!- wysyczałam lodowato, obrzucając zespół moim najgorszym spojrzeniem.
-Złość piękności szkodzi.- mruknął pod nosem CC. Zamknęłam oczy, zaciskając pięści. Przy okazji boleśnie wbiłam paznokcie w dłonie. Oddychaj Anka. Dopadniesz ich w swoim czasie. Wszystko będzie okej.
-No już, dobrze. Zaraz sobie pójdziemy. Choć mi by tam nie przeszkadzała twoja obecność, podczas mojej kąpieli. Może w końcu miałbym to obiecane mycie pleców.- Ashley podszedł do mnie, przysiadając na brzegu wanny. Nie. Nie dam się sprowokować. Ja ich tylko zabiję. Przygryzłam wnętrze policzka, twardo nic nie mówiąc. Na szczęście, albo i nieszczęście, uwagę chłopaków odwrócił głos, dobiegający gdzieś z głębi domu.
-Ej, gdzie jesteście? Ludzie!- rozpoznałam Jason'a, który najwyraźniej nas szukał. Co więcej, zbliżał się w tym kierunku. Nagle chłopaki jakby się przecknęli i z godną podziwu szybkością, podbiegli do wanny, ustawiając się ładnie w rządku, żeby mnie zasłonić. Zrobili to w idealnym momencie, bo sekundę później dołączył do nas mój asystent.
-No wreszcie! Wołam was i wołam. Podkręćcie tempo, bo trochę goni nas czas.- zauważył, po czym, co rozpoznałam po oddalających się krokach, wyszedł. Zespół powoli odwrócił się w moją stronę, posyłając mi smutne i przepraszające spojrzenia. Taaa. Właśnie moja niedoszła chwila relaksu odeszła w zapomnienie.

Następny dzień

Obudził mnie świergot ptaków. No tak. Byliśmy w środku jakiejś głuszy. Przeciągnęłam się, wodząc zaspanym wzrokiem po sypialni. Zatrzymałam się dłużej na śpiącym na drugim krańcu łóżka, basiście. Ostatnio twardo trzymał pomiędzy nami dystans, na kilkadziesiąt centymetrów. Nie powiem, było mi to na rękę. Jakoś dziwnie na niego reagowałam. Przyjrzałam mu się dokładniej. Spał z poduszką w objęciach i mamrotał coś. A co mnie to obchodzi?! Dopóki nie rzuca się w koszmarach, mam to gdzieś. Dorosły jest, a ja mam własne problemy. Wstałam energicznie, łapiąc ciuchy i kierując się do łazienki.
Tam szybko umyłam się i przebrałam. Następnie udałam się do kuchni, postanawiając coś zjeść. Dostałam od doktorka jakieś piguły na apetyt. W zasadzie gówno to daje, no ale... Co ciekawe, stwierdził, że moje problemy mają podłoże psychiczne, ale tego chłopakom nie powiedziałam. Już po tym niedoszłym gwałcie chcieli mnie wysłać na terapię. Teraz by mnie zmusili wręcz siłą. Ash dostałby chyba szału. Niedoczekanie! Złapałam ze stołu jabłko i banana i wkroiłam do jogurtu. Zjem to, choćbym miała się porzygać. Właściwie znałam sposób na poradzenie sobie z moimi problemami. Jednak potrzebowałam do tego czasu i samotności. Nie sądzę, żeby chłopcy byli zachwyceni moim pomysłem, ale lepsze to, niż nic. Nie muszą wszystkiego wiedzieć. Będą zdrowsi. Z tą myślą, z łyżeczką i miską w ręce, wyszłam przed domek. Wcale nie zdziwił mnie widok wampira siedzącego na ławce. A potem się chłopak dziwi, że nie ogarnia naszych żartów. Jak chodzi taki wiecznie niewyspany, to tak jest.
-Andy, czy ty kiedyś wstaniesz później ode mnie?- przekrzywiłam głowę, obserwując wokalistę.
-Wątpię. Jesteś śpiochem.- mruknął zamyślony.
-Ale jednak budzę się przed resztą. To co tym razem nie dawało ci spać?- usiadłam obok niego, próbując przełknąć łyżeczkę mojego śniadania.
-Nic konkretnego. Po prostu zastanawiam się, jak widzą mnie inni.- wzruszył ramionami.
-Naprawdę cię to obchodzi? Codziennie wbijacie mi do głowy, że mam olać zdanie reszty. A sam co robisz?- zirytowałam się.
-Ty to co innego. Ja, chcąc nie chcąc, jestem osobą publiczną. Oczywiście ty też, ale to trochę inna sytuacja.- dodał szybko, widząc mój wzrok. -Twoim zadaniem jest dobrze się prezentować i robić PR Ash'owi. A ja ciągle muszę uważać na słowa, bo wszyscy tylko czekają na jakieś moje potknięcie.
-Zawsze będziecie mieć zwolenników, jak i przeciwników. Ale dopóki jest was pięciu, nic i nikt was nie pokona. A ja zrobię wszystko, żeby wam pomóc.- powiedziałam poważnie.
-Już zrobiłaś wszystko. Szkoda tylko, że reszta o tym nie wie.- spojrzał na mnie wymownie.
-A ty znowu zaczynasz?- przewróciłam oczami. -Nawet gdyby Ash wiedział, to i tak by nie zrozumiał. Pomyślałby, że albo kłamię, albo mam w tym jakiś interes.
-Skąd wiesz?! On nie jest taki, jak myślisz. Poza tym, kto jak kto, ale wy powinniście się rozumieć! Jesteście podobni.- warknął Biersack.
-Andy, ale sam pomyśl. Po co ja mam mu mówić, że od początku wiedziałam, że Jonathan nawet mnie nie tknie z mojej posady?
-Może żeby po prostu miał tego świadomość? Czy ty serio nie widzisz, w jakim poczuciu winy on żyje? Myśli, że kolejny raz przez jego durne zachowanie, ktoś cierpi! Ja wiem, że nie chcesz, żeby ktoś wziął twoją pomoc za litość. Ale to, co on czuje teraz, jest gorsze.- Andy nie odpuszczał.
-Świetnie! Czego ty ode mnie oczekujesz, co? W ogóle, ta rozmowa zmierza donikąd.- wstałam energicznie, kierując się z powrotem do domu. W drzwiach prawie zderzyłam się z Jinxx'em, ale nie zatrzymywałam się. Weszłam do mojej sypialni, uświadamiając sobie, że z kimś ją dzielę. Super. Zero prywatności. Wzięłam głęboki oddech, próbując choć trochę uspokoić galopujące serce. Niespecjalnie mi to wyszło, ale przynajmniej opanowałam zdenerwowanie widoczne na mojej twarzy. Nie chciałam, żeby Purdy coś zauważył.
Ash dalej spał. Zmieniłam zdanie i jednak zawróciłam do kuchni. Usiadłam przy stole, opierając głowę na ręce. Niepotrzebnie tak się zdenerwowałam rozmową z Andy'm. Przecież on chce dobrze. Martwi się o Purdy'ego. Jednak nie mogę mu nic powiedzieć. Nie potrafię. Sama nie wiem, czego się boję. Ja wiem, że Ash cierpi. Ale odnoszę wrażenie, że gdyby wiedział, że przez swoje chlanie "tylko" straci BVB, nie przestałby. Black Veil Brides to jego życie. Ale chyba nie cieszy go już tak, jak kiedyś. A tak, to przynajmniej wie, że jeśli coś odwali, skrzywdzi nie tylko siebie... Ugh dlaczego życie musi być takie trudne? Złapałam powoli nóż leżący przede mną. Zawsze miałam do nich słabość. Może to jakiś znak? Nigdy się nie cięłam, bo się bałam. Nawet nie bólu, bo ten zadawałam sobie codziennie. Widok krwi też jakoś specjalnie mnie nie obrzydzał. To wszystko było kiedyś. Teraz trochę się pozmieniało. Obracałam nóż w dłoniach, bawiąc się ostrzem. Ciekawe, czy to naprawdę pomaga? A może warto spróbować? Właściwie, to co mi szkodzi?
-Ann, co ty robisz?- z zamyślenia wyrwał mnie Jake, pochylając się teraz nade mną.
-Nic.- potrząsnęłam lekko głową, żeby wrócić do rzeczywistości.
-Odłóż ten nóż, zanim się skaleczysz.- ostrożnie mi go zabrał. Uśmiechnęłam się lekko, udając, że wszystko jest w porządku. Nie mogę wzbudzać żadnych podejrzeń, bo inaczej nie dadzą mi żyć. A mam ambitne plany na przyszłość.
-Wyspałeś się?- zmieniłam temat.
-Tak. I to bardzo. Ta cisza jest cudowna. Mógłbym tu zostać na zawsze.- rozmarzył się.
-Wstrzymaj się z tym jeszcze trochę. Jesteś nam potrzebny.
-Ile razy mam ci powtarzać, że nie ma ludzi niezastąpionych? Przecież już nawet ty ogarniasz połowę moich solówek gitarowych.- stwierdził Pitts, robiąc sobie kanapkę.
-Przesadzasz. Po prostu mam zajebistego nauczyciela.- wzruszyłam ramionami.
-Gdybyś nie miała minimalnego talentu, to moje lekcje nic by nie dały.
-Jedyny talent, jaki posiadałam, to do bicia się. Ale go straciłam.- mruknęłam obojętnie.
-To może poszukaj nowego?- zaproponował Jinxx, stojący za mną.
-A co? Chcesz mnie uczyć gry na skrzypcach? Lepiej nie, jeśli cenisz swój dobry słuch.- odwróciłam się do niego.
-Są jeszcze inne instrumenty.- puścił mi oczko.
-O nie! Nie jestem uzdolniona muzycznie i to mi się już nie zmieni.- zaprotestowałam.
-Ronnie twierdzi, że ładnie śpiewasz.- wtrącił CC. On już wstał?! I nie jako ostatni? Cud.
-To było dawno temu. Wtedy to jeszcze czaaasem umiałam nawet zagrowlować. Uczyłam się razem z tym debilem.- Uśmiechnęłam się do wspomnień.
-Serio?! Spróbuj teraz!- ryknęli chórem.
-No chyba nie! Wychodziło mi to tylko i wyłącznie po wypiciu kilku kieliszków czystej. To podobno najgorszy sposób, ale grunt, że działał.- uniosłam brew.
-Weź, z opowieści twoich i Radke wynika, że wy tylko balowaliście. Dziwne, że on jeszcze daje radę śpiewać.- prychnął Coma.
-Zawsze mógł się stoczyć na samo dno. Właściwie, to dużo mu nie brakowało. Na szczęście wyszedł na ludzi.- przeciągnęłam się, wstając.
-Dobrze, że nie poszłaś w jego ślady.- uśmiechnął się Jeremy. Odwzajemniłam gest, nic nie mówiąc. Nie chciałam wyprowadzać go z błędu. Wiem, że Ronnie powiedział im o moich eksperymentach z prochami i lekami. Nie wiedział tylko, że do tego wróciłam. Ostatnio coraz częściej sięgałam po psychotropy. Z każdym kolejnym zażyciem działały coraz słabiej. Niedługo będę musiała sięgnąć po silniejsze środki. A wtedy lepiej, żebym była jak najdalej od chłopaków.

Jakiś czas później

Perspektywa Ashley'a

Stałem z naszą ekipą, szykując się do występu. Przed nami grał jeszcze Ronnie, więc postanowiliśmy go "powspierać", czyli wtopić się w tłum i buczeć. Niestety Ann stanowczo się temu sprzeciwiła, a wtórował jej nasz ochroniarz Matt, tłumacząc się środkami ostrożności. Nie dadzą się ludziom pobawić, sztywniaki. Traktują nas jak małe dzieci. Zgarnąłem z lodówki piwo i obrażony stanąłem z boku, za bramkami. Jeszcze mi teraz fanów do szczęścia brakuje. Mała oczywiście latała z wywieszonym językiem za Radke. On nie był jej dłużny. Ja rozumiem, że oni są dla siebie ważni, ale bez przesady.
-A ty co masz taką minę?- zagaił mnie Andy.
-A nie mogę?- burknąłem.
-Ooo widzę, pan basista nie w humorze.- zaśmiał się.
-Młody, dawno od nikogo nie oberwałeś?- zirytowałem się.
-Wyluzuj. Tylko żartowałem. To co się dzieje?
-Nic.- wróciłem do obserwacji wcześniej wspomnianej pary.
-Uu. Jasne. Widzę na kogo patrzysz. Nie powinieneś być zazdrosny.- stwierdził Biersack.
-A ty niby nie jesteś? Traktujesz ją jak młodszą siostrę. Jest twoją najlepszą przyjaciółką. A tu nagle pojawia się Ronnie i zabiera ją sobie.- gwałtownie wyrzucałem z siebie słowa.
-Owszem. Boli mnie to. Ale wiem, że Ronnie to być może jedyna osoba, która ma jeszcze znikomy wpływ na Ann. Nie widzisz, co się z nią dzieje?! Znowu zamyka się w sobie i staje się oschła. Było dobrze i coś się spierdoliło. Stary, to się nie skończy dobrze.- Andy wysyczał, łapiąc mnie za ramię. Spojrzałem na niego zaskoczony. Zauważyłem, że mała nie jest sobą, ale nie sądzę żeby... Żeby... Eh, kogo ja oszukuję. Wiem, że jest źle, ale za wszelką cenę nie chcę do siebie dopuścić myśli, że ona może coś odwalić. Każdy, tylko nie ona. Nie moje maleństwo. Nie jest twoje... Ohh zamknij się. Już nawet we własnych myślach nie mogę mówić, jak chcę?!
-Andy ja to wszystko rozumiem. Ale nie potrafię sobie z tym poradzić.- powiedziałem wbrew sobie.
-Stary, ile ty masz lat?! Skoro nie radzisz sobie z tym, co czujesz, to nie wiem. Pogadaj z nią. Zrób coś, żeby ci ulżyło. Bo póki co, tylko wszystkich wkurwiasz swoim rozkojarzeniem.- objechał mnie mój kumpel.
-Co? Przecież ja wcale nie jestem rozkojarzony!- oburzyłem się.
-Niee. W ogóle. Przecież ty od zawsze tak się mylisz na koncertach.- rzucił mi pobłaźliwe spojrzenie. Przygryzłem wnętrze policzka, nic nie mówiąc. Zauważył. Kurwa! A myślałem, że jak gram na basie to tego tak nie słychać... W tym momencie podeszła do nas Ann.
-I jak tam?- posłała nam promienny uśmiech.
-Świetnie. Ja lecę. Muszę ułożyć włosy. Na razie.- przytulił ją Biersack. Błagałem go spojrzeniem, żeby mnie nie zostawiał, ale ten tylko puścił mi oczko. Pokręciłem bezradnie głową.
-Co się stało?- mała zmarszczyła czoło.
-Nic. A ty jak się bawisz z Ronnie'm?- starałem się, aby moje pytanie zabrzmiało całkowicie niewinnie.
-Jest okej. Choć wolałabym być gdzie indziej.- mruknęła, siadając na barierkach.
-To znaczy?- zdziwiłem się. Byłem pewien, że najlepiej się czuje, mając obok RJ'a, nieważne, gdzie są.
-Mniejsza.- zaczęła się bawić palcami.
-Ann. Ja wiem, że mi nie ufasz, ale czasem mogłabyś nie udawać, że jest dobrze, skoro na kilometr widać, że nie jest.- westchnąłem, stając obok niej.
-Jestem zmęczona. Tylko tyle.- wzruszyła ramionami. Bujać to my, ale nie nas...
-Kłamiesz.- powiedziałem pobłaźliwie.
-Skąd wiesz?!- spytała zaskoczona.
-Zawsze, gdy próbujesz coś ściemnić, patrzysz wyzywająco w oczy, a normalnie unikasz kontaktu wzrokowego.- posłałem jej triumfujący uśmiech. Ann mrugała zakłopotana, intensywnie myśląc, gdy próbowała już coś odszczekać, wtrąciłem: -Ee e. Nawet nie próbuj.
-Nie dręcz mnie.- bąknęła rozżalona.
-Ja? Ciebie?! Kociaku, nie myl troski z dręczeniem. To jak? Co się dzieje?- zacząłem jeszcze raz.
-Przecież mówię, że nic. I daj mi spokój. Reszta już idzie.- kiwnęła głową w stronę chłopaków, którzy do nas zmierzali. Prychnąłem pod nosem. Teraz jej się udało, ale ja nie odpuszczę. Za stary jestem na takie gierki.
-Czemu nie mówiliście, że Ronnie już zaczął koncert?- spytał nas z wyrzutem CC.
-A nie słyszałeś?- Annie uniosła brew, po czym wymieniliśmy zdezorientowane spojrzenia.
-Ale liczyłem, że ktoś o mnie pomyśli.- zasmucił się perkusista. Okeeej. Nie wiem, o co mu chodzi, ale dobra.
-CC... Błagam. Nie dziś.- wiewiórka wzniosła oczy do nieba. Usłyszałem cichy chichot Jinxx'a. Skupiliśmy się na występie Falling In Reverse. Nie powiem, całkiem nieźle brzmią. Niekoniecznie moje klimaty, ale jednak Radke nas wspiera, więc nie będę złośliwy. Nie dziś. Ale odbiję to sobie następnym razem hahah. Gdy będę poza zasięgiem pięści młodej.
-Jeezu co on ma na sobie? To jest spódnica? Sukienka?- jęknął Andy.
-Mnie nie pytaj. To Ash jest tu projektantem mody.- wyszczerzył się Jake.
-Wal się.- powiedziałem obojętnie.
-Eeej. A może to to, co noszą Szwedzi?- „zabłysnął” Christian.
-Jak już, to Szkoci, idioto. Widzisz tam gdzieś kratę? Bo ja nie.- załamałem się.
-Zamknijcie się w końcu. Po koncercie go spytacie, co na siebie wbił.- burknęła jedyna kobieta w naszym towarzystwie. Andy zaśmiał się szyderczo, odpalając papierosa. Ronnie skończył jedną z piosenek i rozpoczął jakiś monolog. Próbowałem się skupić na tym, co mówi.
-Moi drodzy, jest tu dziś z nami pewna osoba, bardzo dla mnie ważna.- zaczął Radke. Wszyscy, jak na zawołanie spojrzeliśmy na małą. Ona za to zmrużyła oczy, prostując się. Tymczasem Ron kontynuował:
-Wiem, że ona nigdy się na to nie zgodzi, ale chciałbym, żeby stanęła tutaj, obok mnie. Chłopaki, pomożecie?- tym razem zwrócił się do nas. Ann zeskoczyła z barierek starając się jak najciszej wycofać. Niestety dla niej, Andy sięgnął jej dłoni, swoimi długimi rękami. Choć raz się na coś przydały.
-No mała. Nie daj się prosić. Pomóżcie sprawić, żeby Ann się tu pojawiła.- grzmiał ze sceny Ronnie. Annie szarpała się lekko, nie chcąc robić scen. Co robić? Albo zabije mnie ona, albo Radke. Ale jeśli pomogę Ronnie'mu, to jest szansa, że on uratuje mnie przed nią. Okej. Rzuciłem młodej przepraszające spojrzenie, po czym złapałem ją w pasie i zarzuciłem na ramię. Fani stojący najbliżej nas, zaczęli gwizdać i klaskać.
-Co ty robisz? Postaw mnie! Nie masz pojęcia, do czego on chce mnie zmusić!!!- syczała mi do ucha.
-Nie mam wyjścia. Inaczej zrobiłabyś obciach Radke.- wyjaśniłem, kierując się w stronę sceny.
-I tak mu go narobię! Pożałujesz, że się urodziłeś Purdy.- warknęła. Nic na to nie odpowiedziałem. Po chwili pojawiłem się pod sceną, podając dziewczynę Ronnie'mu.
-Dzięki stary. No mała, to teraz się zabawimy.- zaśmiał się złośliwie wokalista. Widać, że to rodzina...



sobota, 19 sierpnia 2017

☼ ☼ ☼

A wiecie, że blog ma już ponad 3 lata?
Wciąż zastanawiam się, co mną kierowało, że go założyłam... 
Jakieś zaćmienie umysłu. Ale skoro powiedziało się "A", to trzeba powiedzieć i "B".

piątek, 21 lipca 2017

Rozdział 77


Zobaczyłam basistę i przyklejoną do niego Jessicę. Zajebiście. Jednak coś mnie powstrzymało, przed udaniem się w ich kierunku. Przyjrzałam się dokładniej całej sytuacji.
Plastik szeptał coś na ucho Purdy'emu, a ten w odpowiedzi się od niej odsuwał i wręcz warczał. No w siódmym niebie to on nie był. Pomóc mu, czy nie? Nie no, przecież nie będę udawać, że jestem ślepa. Bez sensu. Wobec tego powolnym krokiem, starając się być jak najmniej widoczna, skierowałam się w ich stronę. Stanęłam centralnie za kobietą. Ash był tak zaabsorbowany rozmową z nią, że również mnie nie zauważył. Teraz miałam świetny widok na jego mimikę. Cóż, gdyby wzrok mógł zabijać, to Jessica by tam padła. 
-Mogę wam przeszkodzić?- wtrąciłam się nagle. Kobieta na dźwięk mojego głosu lekko podskoczyła. Ash odetchnął z ulgą, gdy tylko mnie zobaczył. 
-Oczywiście kochanie.- przyciągnął mnie do siebie, jednocześnie odgradzając się od plastika. 
-Wspominaliśmy z Ashley'em stare czasy.- Jessica posłała mi sztuczny uśmiech. 
-Że stare, w to nie wątpię.- odgryzłam się. -Skarbie, goście mnie pytali, gdzie zniknąłeś. 
-Ohh, straaasznie mi przykro Jessica, ale jak widzisz, muszę już iść. Na pewno jeszcze nie raz się spotkamy.- przemówił Purdy słodkim głosikiem, który tak przyprawia mnie o mdłości. Na szczęście plastik nie okazał się tak pusty, na jakiego wyglądał, bo zrozumiał aluzję i stracił się nam z oczu. 
-Co ona chciała od ciebie znowu?- prychnęłam. 
-Próbowała mnie namówić do filmu. I ciebie.- burknął. 
-I co jeszcze? Może nas razem?- zaśmiałam się. 
-Kociaku jak tak bardzo chcesz, to możemy sobie prywatnie nagrać taką sekstaśmę.- Ash puścił mi oczko. 
-Niedoczekanie. Ja z tobą w porno. To byłoby straszne, biorąc pod uwagę, że jesteś bardziej kobiecy ode mnie.- westchnęłam. 
-Spadaj. Wierz mi, dolną część ciała mam w 100% męską.- zafalował znacząco brwiami. I teraz już nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy płakać. 
-Nie denerwuj mnie, bo nie dostaniesz prezentu.- zagroziłam. 
-Właśnie! Kiedy go dostanę?- spojrzał na mnie z nadzieją. 
-Niedługo.- zirytowałam się. 
-Ej! Ale reszta już mi dała!- zaoponował. 
-Matko, gorzej, niż z dzieckiem. To chodź.- złapałam go za rękę i pociągnęłam do loży, gdzie za jedną z kanap czekał jego prezent. 
-Co to?- Purdy złapał pudełko i lekko potrząsnął. 
-Dmuchana lala. Stwierdziłam, że ci się przyda.- uśmiechnęłam się słodko. 
-Niee, nie zrobiłabyś mi tej przyjemności.- nie zgodził się, zrywając powoli papier, w który owinęłam prezent. Bałam się jego reakcji, bo nie miałam pojęcia czy mu się spodoba. Ash tymczasem wyjął z pudełka kawałek materiału. A dokładniej dżinsową kamizelkę. Patrzył to na nią, to na mnie. W końcu wydukał: -Ale... To jest... To... 
-Tak.- kiwnęłam głową. Kamizelka jego pomysłu. Od początku do końca zaprojektowana przez niego. Ze wszystkich jego projektów, jakie miałam okazję widzieć, ta była najlepsza. Któregoś dnia, korzystając z jego nieobecności zeskanowałam rysunek i naniosłam kilka poprawek. W końcu zaniosłam to do znajomej krawcowej i poprosiłam o uszycie. Od siebie dodałam jeszcze na plecach gwiazdę. Gdy już kamizelka była gotowa, w domu dodałam różne ozdoby takie jak ćwieki, czy nity.  A teraz stałam obok basisty, denerwując się, jak rzadko kiedy. W końcu nie wiedziałam, czy mnie nie zabije, za ruszanie jego rzeczy. Ja bym udusiła na bank. 
-Annie. Ja... nie wiem, co powiedzieć.- rzucił mi zaskoczone spojrzenie. 
-Po prostu powiedz, czy ci się podoba, czy nie.- mruknęłam cicho. Chwilę później tonęłam już w objęciach Purdy'ego. 
-To najlepszy prezent, jaki kiedykolwiek dostałem.- wyszeptał, mocno mnie ściskając. 
-Nie przesadzaj.- żachnęłam się. 
-Nie Ann. Mówię serio.- odsunął mnie na długość ramion, żeby móc spojrzeć w oczy. Jego były... zaszklone?! Nie, to na pewno światło. Chociaż... 
-Naprawdę? Cieszę się.- uśmiechnęłam się do niego delikatnie. 
-Jak ty to zrobiłaś?- spytał, z powrotem skupiając wzrok na kamizelce. 
-Mam znajomości po prostu. Teraz już masz pewność, że twoje projekty są świetne i się sprzedadzą. 
-Wciąż nie mogę w to uwierzyć, że za kilka miesięcy otwieram sklep.- pokręcił głową. 
-To uwierz. Zobaczysz fanki oszaleją.- oparłam się o niego. Ash rozejrzał się po prezentach i w pewnej chwili sięgnął po ogromny bukiet kwiatów. Róże. Czerwone. 

-To dla mnie?- uniósł brew. 
-No chyba tak. Jest liścik?- zaczęłam przekopywać kwiaty. Praktycznie przy samych łodygach był zaczepiony bilecik. Ash sięgnął po niego. 
-”Dla najbardziej seksownego mężczyzny na tym globie. Wszystkiego najlepszego panie Purdy. Tajemniczy wielbiciel.” COO?! O co tu chodzi?- Purdy wytrzeszczył oczy. Sama byłam w szoku, ale nagle coś zaczęło mi trybić. Zajrzałam basiście przez ramię, przyglądając się karteczce. 
-Cóż, to znaczy, że masz cichego wielbiciela.- stwierdziłam, z trudem powstrzymując śmiech. Chyba wiem, od kogo to... 
-Wielbiciela?! Ale czemu nie wielbicielkę?! Nic nie rozumiem.- załamał się. 
-Ohh, no po prostu widocznie jakiś mężczyzna jest pod twoim urokiem.- wzruszyłam ramionami. 
-Ale... To... No dobrze. Ale mam nadzieję, że on wie, że jestem hetero.- Ash spojrzał na mnie z nadzieją. 
-Na pewno. Właśnie! Przypomniało mi się coś. Devin Sola zaprosił mnie na jakiś sok. Powiedział, że możesz iść z nami. Piszesz się?- spytałam niewinnie. 
-W sumie... Czemu nie.- Purdy kiwnął głową. Wyjęłam więc telefon i napisałam wiadomość do basisty Motionless In White: 


Jakiś czas później, Walentynki. 

Perspektywa Ronnie'go. 

Ann jak zwykle stwierdziła, że ma dużo pracy, więc musiałem sobie znaleźć inne towarzystwo. Biersack, mój dobry kumpel też mnie olał. Oboje siebie warci... Na szczęście mogłem jeszcze liczyć na resztę BVB. Albo oni na mnie. Powiedzieli, że spotkamy się u CC'ego i bez piwa mam nawet nie przychodzić. No więc najpierw pojechałem do tego pierdolonego sklepu. Jedynie Ashley mi towarzyszył, bo stwierdził, że musi coś kupić. Okazało się, że skończył mu się lakier do włosów. Seerio? I to było takie ważne? Nie czaję tego człowieka. Jak mi wyczerpująco wyjaśnił, musi dobrze wyglądać na późne popołudnie z Ann. Mieli niby świętować. Taaak, bo oni tak się lubią. Już to widzę... Wzięliśmy, co trzeba i udaliśmy się do kasy. Mój wzrok przykuły kolorowe opakowania za taśmą sklepową. Prezerwatywy. Wziąłem kilka paczek do ręki. 
-Gumki? Po co ci?- Purdy zaśmiał się wrednie. 
-Na pewno ja je szybciej zużyję, niż ty.- uniosłem brew. Ash zrobił fochnięty dzióbek. -Jak myślisz, które lepsze? O smaku czekoladowym, czy truskawkowym? 
-W życiu nie wezmę żadnych z nich.- prychnął basista. 
-Okej. Kupię zwykłe.- westchnąłem, podając je kasjerce. 
-Ja bym takimi nie pogardziła. -odezwała się. Na oko była po czterdziestce. -Osobiście proponuję arbuzowe. A partnerowi radziłabym wypróbowanie miętowych. Każdy się po nich przekonuje. 
-Że co?! Że ja...?! Ja...- Ash ożywił się i zaczął gwałtownie gestykulować. Zacząłem się krztusić ze śmiechu. 
-Ohh, młody człowieku, żyjemy w XXI wieku. Coming out nie robi już na nikim wrażenia.- zbagatelizowała jego reakcję kasjerka. 
-Przecież ja nie jestem...!!!- Purdy próbował się sprzeciwić, ale biedny aż się zatchnął z emocji. 
-Oj skarbie. Daj spokój.- wyszczerzyłem się do niego, a do kasjerki puściłem oczko. Ashley tylko pokręcił głową i cały czerwony na twarzy wyszedł ze sklepu. Zapłaciłem za zakupy, zgarnąłem torby i skierowałem się za nim. Znalazłem go siedzącego pod drzewem, w kapturze na głowie. 
-Nienawidzę cię.- burknął wściekły, gdy tylko do niego podszedłem. 
-A ja cię kocham.- przesłałem mu buziaczka. 
-Ja pierdolę. Z kim ja się zadaję? Jedźmy już!- warknął i wsiadł do mojego auta na miejsce pasażera. Zacząłem chichotać pod nosem, ale już nic nie mówiłem. Jeszcze obrazi się na śmierć. 

Siedzieliśmy u CC'ego pijąc piwo i grając na konsoli. To znaczy CC grał razem z Andy'm, (okazało się, że jednak młody wpadł) ja gadałem z gitarzystami, a Ash dalej się boczył i leżał na fotelu z nosem w telefonie. Z jednej strony miałem z kim rozmawiać i nie nudziłem się, ale z drugiej trochę głupio mi było, bo Purdy chyba naprawdę poczuł się urażony moim niewinnym żarcikiem. 
-Ashley, dalej masz focha?- spytałem delikatnie. W odpowiedzi pokazał mi fuck'a.  
Taak. Wszystko jasne. Westchnąłem ciężko. Jak go tu przebłagać? Kiedyś dałbym mu butelkę Daniels'a albo załatwił dziwkę, ale teraz się nie da. Ta ich umowa uderza też we mnie. Życie jest taaakie nie fair. W pewnej chwili drzwi od domu perkusisty otworzyły się z hukiem i w salonie pojawiła się Ann. 
-Siema.- spojrzała na nas, następnie na butelki po piwie, a potem znowu na nas. Jej wzrok nie wyrażał nic, ale znałem ją na tyle, żeby wiedzieć, że teraz ocenia ile kto wypił. 
-Heej. Nauczyłaś się od nas, że się nie używa dzwonka?- zaśmiał się Jinxx. 
-A jakbym zadzwoniła, to ktoś by ruszył dupę i mi otworzył?- uniosła brew. 
-Nie.- stwierdził CC. 
-Właśnie. Ashley, a tobie co?- podeszła do basisty i usiadła mu na brzuchu. 
-Ronnie mnie obraził.- burknął, unosząc się lekko i robiąc więcej miejsca młodej. Urocza scenka. Zaraz rzygnę tęczą. 
-Nie przesadzaj.- mruknąłem. 
-Co znowu się stało?- westchnęła. 
-Bo byliśmy w sklepie i jakaś baba myślała, że jesteśmy parą. A ten debil nie zaprzeczył!- podniósł głos Purdy. Annie zmarszczyła czoło, patrząc na mnie. 
-To był tylko żarcik taki noo.- próbowałem się bronić. 
-Sorry, ale ja nie jestem jakimś pedałem!- warknął. 
-No ej, ale ja też wyszedłem na geja. Nie jesteś sam.- zauważyłem. 
-Ale czy ja ci na geja wyglądam?!?! Ann weź coś powiedz.- rzucił rudej zrozpaczone spojrzenie. 
-Ashley, RJ ma prostu czasem durne pomysły. Nie przejmuj się. Przecież wszyscy fani wiedzą, że masz dziewczynę.- pogłaskała Purdy'ego po głowie, twardo omijając zdanie o jego wyglądzie. 
-No i choć raz ta umowa okazała się przydatna. Teraz mi smuutno.- przytulił się do ramienia Ann. W odpowiedzi dziewczyna objęła go ramieniem. Serio? Od kiedy oni się tak tulą? Dziwne to. 
-Gołąbeczki, jakie macie plany na dziś?- zaciekawił się Jake. 
-Fajne. A ty i Ella?- spytał Ash. 
-Jak co roku romantyczna kolacja, a potem gorący seks.- rozmarzył się Pitts. Purdy tylko zgrzytnął zębami. Ktoś tu ma chcicę, a nie może, ojej. 
-Ja wam proponuję, żebyście sobie coś pośpiewali.- wtrąciłem. 
-No mooże. A co miałaby śpiewać Ann?- odezwał się do mnie już normalnie basista. 
-Młoda ma jedną popisową piosenkę.- wyszczerzyłem się, nie zważając na jej wzrok, którym teraz mnie mordowała. 
-Zamilcz.- syknęła. 
-Piosenkę? Jaką?!- Andy oderwał się od konsoli. 
-Niech wam się sama pochwali.- pokazałem jej język. 
-Wal się Radke! Nie słuchajcie go. Bredzi!- Annie coraz bardziej się denerwowała. 
-Oj pączusiu już nie bądź taka skromna. Młoda napisała kiedyś piosenkę.- wyjaśniłem. 
-Co zrobiła?!- ryknęło całe BVB. Ruda schowała twarz w dłoniach. 
-No właśnie to.- uśmiechnąłem się. 
-Jezu, skończ! To był tylko jeden raz, w dodatku nie byłam za trzeźwa.- próbowała się jakoś wykręcić. 
-No na pewno byłaś bardziej trzeźwa ode mnie.- zaprotestowałem. 
-Ale jaką piosenkę? Pokażecie nam ją?- spytał Ash. 
-Wy ją już znacie. Piosenka jeszcze ETF „Not Good Enough For The Truth In Cliche”.- powiedziałem. 
-Ty ją napisałaś?- Biersack wytrzeszczył oczy na rudą. 
-Nie! Kiedyś przyszłam do RJ'a, gdy siedział i się męczył nad tekstem. Podpowiedziałam mu z dwa wersy.- wzruszyła ramionami. 
-Dwa wersy... Pomnóż to sobie kilka razy, to ci wyjdzie prawdziwy wynik. Napisała zwrotkę i pół refrenu.- poprawiłem młodą. Serio, ona mnie zabije. 
-Ale ten tekst jest bombowy!- zauważył CC. 
-No pierwotnie śpiewaliśmy to sobie jakby na dwie osoby. W sensie Ann do mnie, a ja do niej. Ale potem pokazałem to reszcie i stwierdzili, że damy na płytę, więc musiałem to trochę zmienić, żebym mógł to śpiewać sam. Choć według mnie, lepiej brzmiało na dwie osoby.- oparłem głowę na ręce. 
-Czemu nie powiedziałaś, że umiesz śpiewać?- Ash rzucił małej oskarżycielskie spojrzenie. 
-Bo nie umiem. I nie lubię. I w ogóle to dajcie mi spokój! Nie chcę o tym gadać.- strzeliła fochem. 
-Ale pączuś noo. Nie bądź taka.- zatrzepotałem rzęsami, jak rasowa panienka. 
-Ronnie lepiej nic nie mów, bo ją wkurzysz, a potem ja będę musiał ją cały wieczór uspokajać, zamiast się bawić.- Purdy oplótł opiekuńczo młodą ramionami. 
-O właśnie! Ash wyjątkowo mówisz z sensem.- Ann się uśmiechnęła. Obserwowałem ją. Wydawała się mieć dobry humor, ale w jej oczach było coś dziwnego. Coś ją trapiło. Ale wątpię, że zdradzi mi, co. Straciłem jej zaufanie. O ile kiedykolwiek mi ufała. Muszę to naprawić. 
-Przyjadę po ciebie o 18tej, okej?- odezwał się do niej Purdy. 
-Ale przecież piłeś piwo.- uniosła brew. 
-Bezalkoholowe. Ja wiem, że ty mnie masz za debila, ale aż tak jeszcze nie zwariowałem.- powiedział zgryźliwie. 
-Okej. To muszę się zbierać. Nie zdążę się przygotować. To na razie chłopaki.- wstała z Ashley'a. 
-Czekaj. Odwiozę cię. Jestem autem.- zaproponowałem. 
-Skoro nalegasz.- pączek uśmiechnął się niewinnie. 
-Powiedzmy. Chodź. Tylko nie szalejcie za bardzo, gdy mnie nie będzie.- pogroziłem żartobliwie zespołowi i wyszedłem za małą z domu. Tylko zamykając się z nią w aucie, miałem pewność, że nie ucieknie. 
Wsiadłem za kierownicę i ruszyliśmy. 
Przejechaliśmy może kilometr, gdy postanowiłem się odezwać. 
-Jesteś na mnie zła?- spytałem. 
-Owszem. Ale ciebie to i tak nie rusza.- powiedziała bezbarwnym głosem. 
-Nieprawda. Jesteś moją siostrą.- zaprzeczyłem. 
-Ostatnio jakoś mi to obojętne.- oparła głowę o zagłówek. 
-Właśnie widzę. Co się dzieje? Przecież cię znam, pączusiu. Zauważyłaś, że nawet nie potrafimy ze sobą rozmawiać tak, jak kiedyś?- spojrzałem na nią przelotnie. 
-Patrz na drogę. Po prostu... Minęło trochę czasu.- mruknęła cicho. 
-Przestałaś mi ufać.- bardziej stwierdziłem, niż zapytałem. 
-To nie tak. Nie było cię tyle czasu. Nie, nie mam do ciebie żalu, ale zrozum, że przez ten czas byłam sama. Nie dziw się, że nie umiem tak łatwo wrócić do tego, co było.- zirytowała się. 
-Wiem, że nie łatwo. Dlatego chcę z tobą spędzać więcej czasu. Jak kiedyś. Pamiętasz chociaż tamte czasy?- westchnąłem. 
-Nawet gdybym chciała zapomnieć, to mi na to nie pozwolisz. Czemu im powiedziałeś o tej piosence?- powiedziała z wyrzutem. 
-A dlaczego nie? Nie rozumiem, przecież to nic takiego. Aż tak bardzo chcesz zamknąć ten rozdział naszego życia? 
-Po prostu staram się nie myśleć o przykrych rzeczach. A w tamtym czasie nic nie było takie, jak być powinno. Nie chcę pamiętać widoku naćpanego ciebie! 
-Wiem. Ale to już nie wróci. Obiecałem ci to. Ja tylko chcę ci pokazać, że możesz ufać chłopakom. Skoro mi już nie umiesz, to spróbuj chociaż im. Zwłaszcza, że nie jest z tobą dobrze. I nawet nie próbuj zaprzeczać- dodałem, gdy otwierała usta chcąc się kłócić. -Annie, co się dzieje? 
-Ja... Nie wiem. Niby wszystko jest okej. Praca z BVB układa się prawie idealnie. Chłopaki nic nie odwalają. Ze szkołą też jakoś daję radę.- odpowiedziała po chwili. 
-Ale mimo to jesteś smutna. I nerwowa.- zauważyłem. 
-Myślisz, że to zależy ode mnie? Czuję się taka... pusta. Zawsze miałam jakiś cel w życiu. Mniejszy lub większy. A teraz osiągnęłam wszystko, co chciałam. Odcięłam się od rodziny, wyrobiłam całkiem niezłą pozycję w fotomodelingu. W wytwórni też jest okej. Nawet Jonathan mnie nie wkurwia.  Mimo to... Nieważne.- westchnęła cicho. 
-Czegoś ci brakuje.- dopowiedziałem. Ann nie odezwała się. Twardo wpatrywała się w drogę przed nami, przygryzając wnętrze policzka. Wahała się. Dało się to poznać na kilometr. 
-Mała, nie musisz się niczego bać. Cokolwiek myślisz, czy chcesz zrobić, ani ja, ani chłopaki cię nie zostawimy.- powiedziałem po chwili. 
-Ale ja nie wiem, czego tak naprawdę chcę.- mruknęła. 
-No ja ci tego nie powiem. To twoje życie. Tylko od ciebie zależy, jak je przeżyjesz.- zacisnąłem dłonie na kierownicy. Nie lubiłem takiej niezdecydowanej małej. Z tego zawsze wynikały kłopoty. Czuję, że teraz też to tylko kwestia czasu. 
-Najchętniej bym w ogóle je zakończyła.- burknęła. 
-Nawet tak nie mów! Nie kombinuj! Jak tylko dowiem się, że coś planujesz, to zamienię resztę twojego żywota w istne piekło. A wiesz, że potrafię! Nie wiem, pogadaj z kimś, albo coś...- podrapałem się po głowie. 
-Niby z kim?!- prychnęła. 
-Na przykład z Andy'm. On miał dość trudne dzieciństwo. Zresztą wiesz. Albo jak nie potrafisz z nim, to choćby z Ash'em. 
-Coście się tak uczepili Purdy'ego?!- spytała ostro. 
-Bo chłopaki powiedzieli mi, że tylko on daje ci jakieś poczucie bezpieczeństwa. I też wie coś o życiu.- broniłem siebie i tego debila. Może faktycznie jest miedzy nimi coś, co pomogłoby im obojgu. 
-Poczucie bezpieczeństwa jest złudne. I nie powiedziałabym, że akurat on mi je zapewnia. 
-Ale jednak to on się o ciebie najwięcej martwi, dba o ciebie mimo, że jesteś chamska i złośliwa, no i stara się nie doprowadzać do konfliktów. Swoją drogą, na jego miejscu już dawno bym cię udusił, albo olał te wszystkie zakazy i nakazy, patrząc na to, jak go traktujesz.- wypomniałem jej to. Może i już trochę odpuściła, z tego, co gadali chłopaki, ale już ja wiem, jak świetnie potrafi objechać człowieka. Za to zaskakiwał mnie Purdy. Zawsze charakterny i chodzący swoimi ścieżkami, przy młodej zrobił się potulny, niczym baranek. Powoli zaczynam rozumieć, po co Jonathan to wszystko wymyślił i wcale mi się to nie podoba... 
-Mógłbyś powiedzieć, że TRAKTOWAŁAM! Teraz jestem milsza.- żachnęła się. 
-To dobrze. Wiesz, jestem ciekawy, jak to z wami jest. Niby się kłócicie, ale jednak Ashley się zmienił. Na lepsze, o dziwo.- zastanawiałem się głośno. 
-Nijak! Próbujemy się polubić, ale jego wyznanie, że chciał mnie zaliczyć, nie pomaga.- spojrzała przez okno. W tym momencie wybuchnąłem śmiechem. -A tobie co?! 
-Nie, że coś, ale bardziej bym się martwił, gdyby stwierdził, że nie chce cię przeleć.- krztusiłem się ze śmiechu. Przecież on jest w stanie zaliczyć wszystko, co się rusza. 
-Taaak? To możesz już zacząć, bo ostatnio zmienił zdanie i stwierdził, że jednak już nie chce.- rzuciła ze złośliwym uśmieszkiem. 
-Seerio? To co ty mu zrobiłaś, że biedakowi się odechciało?- rzuciłem jej rozbawione spojrzenie. 
-Wal się! Nic nie zrobiłam. Nie czaję tego kolesia. Jest porąbany.- pokręciła głową. 
-Jonathan to ma jednak łeb. Pasujecie do siebie, jak nikt. Oboje walnięci z problemami natury psychologicznej.- zaśmiałem się. Tu akurat trafił idealnie. 
-To nie jest argument! W ogóle, to zmieńmy temat! Denerwują mnie ciągle rozmowy o Purdy'm.- utkwiła wzrok przed sobą, krzyżując ramiona. Pozycja obronna. Nic już nie wyciągnę na ten temat. 
-Ostatnio łatwo się irytujesz.- wyrwało mi się. 
-Ulży mi, gdy komuś przypierdolę.- odszczekała. Wiedziałem, że tego nie zrobi, ale bałem się, bo wiedziałem, jak kiedyś sobie radziła. Przesadzała z różnymi pigułami. A z tego, co widziałem w jej łazience, ma całkiem spory zapas psychotropów. Oby nie postanowiła ich wykorzystać... 
-A jak tam przygotowania do matury?- spytałem. 
-Jakoś idzie. Powinnam zdać. Mam teraz kilka sprawdzianów w szkole i koniec. Jeszcze za kilka dni czeka nas kolejna trasa. Tylko tym razem krótka.- przyglądała się mi. 
-Wiem. Spotkamy się gdzieś po drodze. Na jakimś festiwalu, czy coś.- uśmiechnąłem się. 
-Serio? To super. Będę miała do kogo iść, jak mnie już całkiem wkurwią.- puściła mi oczko. Taak, już to widzę. Przecież ona ich uwielbia... 


Perspektywa Ann 

Siedziałam na ławce w parku czekając na Ash'a, który wrócił się po coś do samochodu. Byliśmy na krótkim spacerze, a teraz zaciągnął mnie tutaj, mówiąc, że zaraz wróci. Póki co, panowała miła atmosfera, ale wiedziałam, że potrafię to zburzyć jednym słowem. Wygładziłam nerwowo dół sukienki. Nie chciałam tego zepsuć. Tylko miałam świadomość, że ostatnio nad sobą nie panuję. Jednak nie mogłam nikomu powiedzieć, co siedzi mi w głowie. Lepiej, żeby nie wiedzieli. 
-Ok, już jestem. Idziemy?- przede mną niespodziewanie wyrósł basista, podając mi dłoń. Uśmiechnęłam się nieśmiało, wstając. 
-Po co szedłeś do auta?- zaciekawiłam się. 
-Zapomniałem czegoś. Ale teraz możemy iść dalej.  
-Aha.- mruknęłam, kierując się przed siebie. W centrum parku odbywał się jakiś festyn czy coś. Taaak festyn w lutym. Gdybyśmy byli w Polsce, nie byłoby to możliwe przez ten cholerny śnieg. 
-I jak tam apetyt?- basista rzucił mi badawcze spojrzenie. 
-Do bani. Dalej się zmuszam, żeby jeść. Na szczęście już mnie tak nie mdli. Gdyby nie nastawiony budzik, nie pamiętałabym o posiłkach.- westchnęłam ciężko. 
-Będzie lepiej. Zobaczysz. W trasie już cię przypilnujemy.- potarł moje ramię. 
-Niespecjalnie tego chcę.- zaprotestowałam słabo. 
-Oj już nie przesadzaj. Przecież i tak ciągle udajemy. No i podobno facet musi dbać o swoją kobietę.- uniósł brew Purdy. 
-Jestem samowystarczalna. Umiem o siebie zadbać sama.- stwierdziłam. 
-Ale ja to wiem. Mimo to i tak będę się martwił. Taka już natura samców. Tego nie zmienisz.- objął mnie w pasie. Nic już nie odpowiedziałam. Spacerowaliśmy tak kilka minut, obserwując ludzi wokół. Impreza w parku trwała w najlepsze. Były jakieś dmuchane zamki dla dzieci, animatorzy, muzyka i inne pierdoły. W USA każdy obchodził to święto mega hucznie. Ten naród ma coś z głową, ale okej... Niespecjalnie miałam ochotę na przebywanie wśród ludzi. Jednak nie miałam wyjścia. Z zamyślenia wyrwał mnie głos Ashley'a: 
-Ooo chodź!- pociągnął mnie za rękę w kierunku tłumu. Czego on znowu chce? Rozglądałam się lekko zagubiona, gdy nagle poczułam, jak basista wiąże mi coś na nadgarstku. Balon wypełniony helem. W kształcie serca. Krwistoczerwony. Na moje usta wpełzł uśmiech. -I jak? 
-Nie pamiętam, kiedy ostatni raz ktoś dał mi balon.- przyznałam szczerze. 
-Jakbyś mi powiedziała, co lubisz, to byłoby nam naprawdę łatwiej.- przyciągnął mnie do siebie, bo ktoś robił zdjęcia ludziom wokół. 
-No aleee ja nie wiem. Nigdy nie miałam żadnych marzeń. Ani nic.- powiedziałam żałośnie. Tak właściwie to nie miałam ani marzeń, ani celów życiowych, ani chęci do życia. Marzyło mi się tylko jedno. Święty spokój. 
-Zawsze mogę oddać ci woje marzenia. Chociaż, może lepiej tylko trochę.- zaśmiał się. Tak, już ja wiem, jakie może mieć marzenia taki Deviant, jak on. Dla własnego zdrowia psychicznego, lepiej już sama coś wymyślę... Chociaż, czy ja jeszcze jestem mogę o sobie mówić, że jestem zdrowa? Przy tej piątce debili prędzej, czy później każdy zwariuje...