piątek, 21 lipca 2017

Rozdział 77


Zobaczyłam basistę i przyklejoną do niego Jessicę. Zajebiście. Jednak coś mnie powstrzymało, przed udaniem się w ich kierunku. Przyjrzałam się dokładniej całej sytuacji.
Plastik szeptał coś na ucho Purdy'emu, a ten w odpowiedzi się od niej odsuwał i wręcz warczał. No w siódmym niebie to on nie był. Pomóc mu, czy nie? Nie no, przecież nie będę udawać, że jestem ślepa. Bez sensu. Wobec tego powolnym krokiem, starając się być jak najmniej widoczna, skierowałam się w ich stronę. Stanęłam centralnie za kobietą. Ash był tak zaabsorbowany rozmową z nią, że również mnie nie zauważył. Teraz miałam świetny widok na jego mimikę. Cóż, gdyby wzrok mógł zabijać, to Jessica by tam padła. 
-Mogę wam przeszkodzić?- wtrąciłam się nagle. Kobieta na dźwięk mojego głosu lekko podskoczyła. Ash odetchnął z ulgą, gdy tylko mnie zobaczył. 
-Oczywiście kochanie.- przyciągnął mnie do siebie, jednocześnie odgradzając się od plastika. 
-Wspominaliśmy z Ashley'em stare czasy.- Jessica posłała mi sztuczny uśmiech. 
-Że stare, w to nie wątpię.- odgryzłam się. -Skarbie, goście mnie pytali, gdzie zniknąłeś. 
-Ohhstraaasznie mi przykro Jessica, ale jak widzisz, muszę już iść. Na pewno jeszcze nie raz się spotkamy.- przemówił Purdy słodkim głosikiem, który tak przyprawia mnie o mdłości. Na szczęście plastik nie okazał się tak pusty, na jakiego wyglądał, bo zrozumiał aluzję i stracił się nam z oczu. 
-Co ona chciała od ciebie znowu?- prychnęłam. 
-Próbowała mnie namówić do filmu. I ciebie.- burknął. 
-I co jeszcze? Może nas razem?- zaśmiałam się. 
-Kociaku jak tak bardzo chcesz, to możemy sobie prywatnie nagrać taką sekstaśmę.- Ash puścił mi oczko. 
-Niedoczekanie. Ja z tobą w porno. To byłoby straszne, biorąc pod uwagę, że jesteś bardziej kobiecy ode mnie.- westchnęłam. 
-Spadaj. Wierz mi, dolną część ciała mam w 100% męską.- zafalował znacząco brwiami. I teraz już nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy płakać. 
-Nie denerwuj mnie, bo nie dostaniesz prezentu.- zagroziłam. 
-Właśnie! Kiedy go dostanę?- spojrzał na mnie z nadzieją. 
-Niedługo.- zirytowałam się. 
-Ej! Ale reszta już mi dała!- zaoponował. 
-Matko, gorzej, niż z dzieckiem. To chodź.- złapałam go za rękę i pociągnęłam do loży, gdzie za jedną z kanap czekał jego prezent. 
-Co to?- Purdy złapał pudełko i lekko potrząsnął. 
-Dmuchana lala. Stwierdziłam, że ci się przyda.- uśmiechnęłam się słodko. 
-Niee, nie zrobiłabyś mi tej przyjemności.- nie zgodził się, zrywając powoli papier, w który owinęłam prezent. Bałam się jego reakcji, bo nie miałam pojęcia czy mu się spodoba. Ash tymczasem wyjął z pudełka kawałek materiału. A dokładniej dżinsową kamizelkę. Patrzył to na nią, to na mnie. W końcu wydukał: -Ale... To jest... To... 
-Tak.- kiwnęłam głową. Kamizelka jego pomysłu. Od początku do końca zaprojektowana przez niego. Ze wszystkich jego projektów, jakie miałam okazję widzieć, ta była najlepsza. Któregoś dnia, korzystając z jego nieobecności zeskanowałam rysunek i naniosłam kilka poprawek. W końcu zaniosłam to do znajomej krawcowej i poprosiłam o uszycie. Od siebie dodałam jeszcze na plecach gwiazdę. Gdy już kamizelka była gotowa, w domu dodałam różne ozdoby takie jak ćwieki, czy nity.  A teraz stałam obok basisty, denerwując się, jak rzadko kiedy. W końcu nie wiedziałam, czy mnie nie zabije, za ruszanie jego rzeczy. Ja bym udusiła na bank. 
-Annie. Ja... nie wiem, co powiedzieć.- rzucił mi zaskoczone spojrzenie. 
-Po prostu powiedz, czy ci się podoba, czy nie.- mruknęłam cicho. Chwilę później tonęłam już w objęciach Purdy'ego. 
-To najlepszy prezent, jaki kiedykolwiek dostałem.- wyszeptał, mocno mnie ściskając. 
-Nie przesadzaj.- żachnęłam się. 
-Nie Ann. Mówię serio.- odsunął mnie na długość ramion, żeby móc spojrzeć w oczy. Jego były... zaszklone?! Nie, to na pewno światło. Chociaż... 
-Naprawdę? Cieszę się.- uśmiechnęłam się do niego delikatnie. 
-Jak ty to zrobiłaś?- spytał, z powrotem skupiając wzrok na kamizelce. 
-Mam znajomości po prostu. Teraz już masz pewność, że twoje projekty są świetne i się sprzedadzą. 
-Wciąż nie mogę w to uwierzyć, że za kilka miesięcy otwieram sklep.- pokręcił głową. 
-To uwierz. Zobaczysz fanki oszaleją.- oparłam się o niego. Ash rozejrzał się po prezentach i w pewnej chwili sięgnął po ogromny bukiet kwiatów. Róże. Czerwone. 

-To dla mnie?- uniósł brew. 
-No chyba tak. Jest liścik?- zaczęłam przekopywać kwiaty. Praktycznie przy samych łodygach był zaczepiony bilecik. Ash sięgnął po niego. 
-”Dla najbardziej seksownego mężczyzny na tym globie. Wszystkiego najlepszego panie Purdy. Tajemniczy wielbiciel.” COO?! O co tu chodzi?- Purdy wytrzeszczył oczy. Sama byłam w szoku, ale nagle coś zaczęło mi trybić. Zajrzałam basiście przez ramię, przyglądając się karteczce. 
-Cóż, to znaczy, że masz cichego wielbiciela.- stwierdziłam, z trudem powstrzymując śmiech. Chyba wiem, od kogo to... 
-Wielbiciela?! Ale czemu nie wielbicielkę?! Nic nie rozumiem.- załamał się. 
-Ohh, no po prostu widocznie jakiś mężczyzna jest pod twoim urokiem.- wzruszyłam ramionami. 
-Ale... To... No dobrze. Ale mam nadzieję, że on wie, że jestem hetero.- Ash spojrzał na mnie z nadzieją. 
-Na pewno. Właśnie! Przypomniało mi się coś. Devin Sola zaprosił mnie na jakiś sok. Powiedział, że możesz iść z nami. Piszesz się?- spytałam niewinnie. 
-W sumie... Czemu nie.- Purdy kiwnął głową. Wyjęłam więc telefon i napisałam wiadomość do basisty Motionless In White: 


Jakiś czas później, Walentynki. 

Perspektywa Ronnie'go. 

Ann jak zwykle stwierdziła, że ma dużo pracy, więc musiałem sobie znaleźć inne towarzystwo. Biersack, mój dobry kumpel też mnie olał. Oboje siebie warci... Na szczęście mogłem jeszcze liczyć na resztę BVB. Albo oni na mnie. Powiedzieli, że spotkamy się u CC'ego i bez piwa mam nawet nie przychodzić. No więc najpierw pojechałem do tego pierdolonego sklepu. Jedynie Ashley mi towarzyszył, bo stwierdził, że musi coś kupić. Okazało się, że skończył mu się lakier do włosów. Seerio? I to było takie ważne? Nie czaję tego człowieka. Jak mi wyczerpująco wyjaśnił, musi dobrze wyglądać na późne popołudnie z Ann. Mieli niby świętować. Taaak, bo oni tak się lubią. Już to widzę... Wzięliśmy, co trzeba i udaliśmy się do kasy. Mój wzrok przykuły kolorowe opakowania za taśmą sklepową. Prezerwatywy. Wziąłem kilka paczek do ręki. 
-Gumki? Po co ci?- Purdy zaśmiał się wrednie. 
-Na pewno ja je szybciej zużyję, niż ty.- uniosłem brew. Ash zrobił fochnięty dzióbek. -Jak myślisz, które lepsze? O smaku czekoladowym, czy truskawkowym? 
-W życiu nie wezmę żadnych z nich.- prychnął basista. 
-Okej. Kupię zwykłe.- westchnąłem, podając je kasjerce. 
-Ja bym takimi nie pogardziła. -odezwała się. Na oko była po czterdziestce. -Osobiście proponuję arbuzowe. A partnerowi radziłabym wypróbowanie miętowych. Każdy się po nich przekonuje. 
-Że co?! Że ja...?! Ja...- Ash ożywił się i zaczął gwałtownie gestykulować. Zacząłem się krztusić ze śmiechu. 
-Ohh, młody człowieku, żyjemy w XXI wieku. Coming out nie robi już na nikim wrażenia.- zbagatelizowała jego reakcję kasjerka. 
-Przecież ja nie jestem...!!!- Purdy próbował się sprzeciwić, ale biedny aż się zatchnął z emocji. 
-Oj skarbie. Daj spokój.- wyszczerzyłem się do niego, a do kasjerki puściłem oczko. Ashley tylko pokręcił głową i cały czerwony na twarzy wyszedł ze sklepu. Zapłaciłem za zakupy, zgarnąłem torby i skierowałem się za nim. Znalazłem go siedzącego pod drzewem, w kapturze na głowie. 
-Nienawidzę cię.- burknął wściekły, gdy tylko do niego podszedłem. 
-A ja cię kocham.- przesłałem mu buziaczka. 
-Ja pierdolę. Z kim ja się zadaję? Jedźmy już!- warknął i wsiadł do mojego auta na miejsce pasażera. Zacząłem chichotać pod nosem, ale już nic nie mówiłem. Jeszcze obrazi się na śmierć. 

Siedzieliśmy u CC'ego pijąc piwo i grając na konsoli. To znaczy CC grał razem z Andy'm, (okazało się, że jednak młody wpadł) ja gadałem z gitarzystami, a Ash dalej się boczył i leżał na fotelu z nosem w telefonie. Z jednej strony miałem z kim rozmawiać i nie nudziłem się, ale z drugiej trochę głupio mi było, bo Purdy chyba naprawdę poczuł się urażony moim niewinnym żarcikiem. 
-Ashley, dalej masz focha?- spytałem delikatnie. W odpowiedzi pokazał mi fuck'a 
Taak. Wszystko jasne. Westchnąłem ciężko. Jak go tu przebłagać? Kiedyś dałbym mu butelkę Daniels'a albo załatwił dziwkę, ale teraz się nie da. Ta ich umowa uderza też we mnie. Życie jest taaakie nie fair. W pewnej chwili drzwi od domu perkusisty otworzyły się z hukiem i w salonie pojawiła się Ann. 
-Siema.- spojrzała na nas, następnie na butelki po piwie, a potem znowu na nas. Jej wzrok nie wyrażał nic, ale znałem ją na tyle, żeby wiedzieć, że teraz ocenia ile kto wypił. 
-Heej. Nauczyłaś się od nas, że się nie używa dzwonka?- zaśmiał się Jinxx. 
-A jakbym zadzwoniła, to ktoś by ruszył dupę i mi otworzył?- uniosła brew. 
-Nie.- stwierdził CC. 
-Właśnie. Ashley, a tobie co?- podeszła do basisty i usiadła mu na brzuchu. 
-Ronnie mnie obraził.- burknął, unosząc się lekko i robiąc więcej miejsca młodej. Urocza scenka. Zaraz rzygnę tęczą. 
-Nie przesadzaj.- mruknąłem. 
-Co znowu się stało?- westchnęła. 
-Bo byliśmy w sklepie i jakaś baba myślała, że jesteśmy parą. A ten debil nie zaprzeczył!- podniósł głos Purdy. Annie zmarszczyła czoło, patrząc na mnie. 
-To był tylko żarcik taki noo.- próbowałem się bronić. 
-Sorry, ale ja nie jestem jakimś pedałem!- warknął. 
-No ej, ale ja też wyszedłem na geja. Nie jesteś sam.- zauważyłem. 
-Ale czy ja ci na geja wyglądam?!?! Ann weź coś powiedz.- rzucił rudej zrozpaczone spojrzenie. 
-Ashley, RJ ma prostu czasem durne pomysły. Nie przejmuj się. Przecież wszyscy fani wiedzą, że masz dziewczynę.- pogłaskała Purdy'ego po głowie, twardo omijając zdanie o jego wyglądzie. 
-No i choć raz ta umowa okazała się przydatna. Teraz mi smuutno.- przytulił się do ramienia Ann. W odpowiedzi dziewczyna objęła go ramieniem. Serio? Od kiedy oni się tak tulą? Dziwne to. 
-Gołąbeczki, jakie macie plany na dziś?- zaciekawił się Jake. 
-Fajne. A ty i Ella?- spytał Ash. 
-Jak co roku romantyczna kolacja, a potem gorący seks.- rozmarzył się Pitts. Purdy tylko zgrzytnął zębami. Ktoś tu ma chcicę, a nie może, ojej. 
-Ja wam proponuję, żebyście sobie coś pośpiewali.- wtrąciłem. 
-No mooże. A co miałaby śpiewać Ann?- odezwał się do mnie już normalnie basista. 
-Młoda ma jedną popisową piosenkę.- wyszczerzyłem się, nie zważając na jej wzrok, którym teraz mnie mordowała. 
-Zamilcz.- syknęła. 
-Piosenkę? Jaką?!- Andy oderwał się od konsoli. 
-Niech wam się sama pochwali.- pokazałem jej język. 
-Wal się Radke! Nie słuchajcie go. Bredzi!- Annie coraz bardziej się denerwowała. 
-Oj pączusiu już nie bądź taka skromna. Młoda napisała kiedyś piosenkę.- wyjaśniłem. 
-Co zrobiła?!- ryknęło całe BVB. Ruda schowała twarz w dłoniach. 
-No właśnie to.- uśmiechnąłem się. 
-Jezu, skończ! To był tylko jeden raz, w dodatku nie byłam za trzeźwa.- próbowała się jakoś wykręcić. 
-No na pewno byłaś bardziej trzeźwa ode mnie.- zaprotestowałem. 
-Ale jaką piosenkę? Pokażecie nam ją?- spytał Ash. 
-Wy ją już znacie. Piosenka jeszcze ETF „Not Good Enough For The Truth In Cliche”.- powiedziałem. 
-Ty ją napisałaś?- Biersack wytrzeszczył oczy na rudą. 
-Nie! Kiedyś przyszłam do RJ'agdy siedział i się męczył nad tekstem. Podpowiedziałam mu z dwa wersy.- wzruszyła ramionami. 
-Dwa wersy... Pomnóż to sobie kilka razy, to ci wyjdzie prawdziwy wynik. Napisała zwrotkę i pół refrenu.- poprawiłem młodą. Serio, ona mnie zabije. 
-Ale ten tekst jest bombowy!- zauważył CC. 
-No pierwotnie śpiewaliśmy to sobie jakby na dwie osoby. W sensie Ann do mnie, a ja do niej. Ale potem pokazałem to reszcie i stwierdzili, że damy na płytę, więc musiałem to trochę zmienić, żebym mógł to śpiewać sam. Choć według mnie, lepiej brzmiało na dwie osoby.- oparłem głowę na ręce. 
-Czemu nie powiedziałaś, że umiesz śpiewać?- Ash rzucił małej oskarżycielskie spojrzenie. 
-Bo nie umiem. I nie lubię. I w ogóle to dajcie mi spokój! Nie chcę o tym gadać.- strzeliła fochem. 
-Ale pączuś noo. Nie bądź taka.- zatrzepotałem rzęsami, jak rasowa panienka. 
-Ronnie lepiej nic nie mów, bo ją wkurzysz, a potem ja będę musiał ją cały wieczór uspokajać, zamiast się bawić.- Purdy oplótł opiekuńczo młodą ramionami. 
-O właśnie! Ash wyjątkowo mówisz z sensem.- Ann się uśmiechnęła. Obserwowałem ją. Wydawała się mieć dobry humor, ale w jej oczach było coś dziwnego. Coś ją trapiło. Ale wątpię, że zdradzi mi, co. Straciłem jej zaufanie. O ile kiedykolwiek mi ufała. Muszę to naprawić. 
-Przyjadę po ciebie o 18tej, okej?- odezwał się do niej Purdy. 
-Ale przecież piłeś piwo.- uniosła brew. 
-Bezalkoholowe. Ja wiem, że ty mnie masz za debila, ale aż tak jeszcze nie zwariowałem.- powiedział zgryźliwie. 
-Okej. To muszę się zbierać. Nie zdążę się przygotować. To na razie chłopaki.- wstała z Ashley'a. 
-Czekaj. Odwiozę cię. Jestem autem.- zaproponowałem. 
-Skoro nalegasz.- pączek uśmiechnął się niewinnie. 
-Powiedzmy. Chodź. Tylko nie szalejcie za bardzo, gdy mnie nie będzie.- pogroziłem żartobliwie zespołowi i wyszedłem za małą z domu. Tylko zamykając się z nią w aucie, miałem pewność, że nie ucieknie. 
Wsiadłem za kierownicę i ruszyliśmy. 
Przejechaliśmy może kilometr, gdy postanowiłem się odezwać. 
-Jesteś na mnie zła?- spytałem. 
-Owszem. Ale ciebie to i tak nie rusza.- powiedziała bezbarwnym głosem. 
-Nieprawda. Jesteś moją siostrą.- zaprzeczyłem. 
-Ostatnio jakoś mi to obojętne.- oparła głowę o zagłówek. 
-Właśnie widzę. Co się dzieje? Przecież cię znam, pączusiu. Zauważyłaś, że nawet nie potrafimy ze sobą rozmawiać tak, jak kiedyś?- spojrzałem na nią przelotnie. 
-Patrz na drogę. Po prostu... Minęło trochę czasu.- mruknęła cicho. 
-Przestałaś mi ufać.- bardziej stwierdziłem, niż zapytałem. 
-To nie tak. Nie było cię tyle czasu. Nie, nie mam do ciebie żalu, ale zrozum, że przez ten czas byłam sama. Nie dziw się, że nie umiem tak łatwo wrócić do tego, co było.- zirytowała się. 
-Wiem, że nie łatwo. Dlatego chcę z tobą spędzać więcej czasu. Jak kiedyś. Pamiętasz chociaż tamte czasy?- westchnąłem. 
-Nawet gdybym chciała zapomnieć, to mi na to nie pozwolisz. Czemu im powiedziałeś o tej piosence?- powiedziała z wyrzutem. 
-A dlaczego nie? Nie rozumiem, przecież to nic takiego. Aż tak bardzo chcesz zamknąć ten rozdział naszego życia? 
-Po prostu staram się nie myśleć o przykrych rzeczach. A w tamtym czasie nic nie było takie, jak być powinno. Nie chcę pamiętać widoku naćpanego ciebie! 
-Wiem. Ale to już nie wróci. Obiecałem ci to. Ja tylko chcę ci pokazać, że możesz ufać chłopakom. Skoro mi już nie umiesz, to spróbuj chociaż im. Zwłaszcza, że nie jest z tobą dobrze. I nawet nie próbuj zaprzeczać- dodałem, gdy otwierała usta chcąc się kłócić. -Annie, co się dzieje? 
-Ja... Nie wiem. Niby wszystko jest okej. Praca z BVB układa się prawie idealnie. Chłopaki nic nie odwalają. Ze szkołą też jakoś daję radę.- odpowiedziała po chwili. 
-Ale mimo to jesteś smutna. I nerwowa.- zauważyłem. 
-Myślisz, że to zależy ode mnie? Czuję się taka... pusta. Zawsze miałam jakiś cel w życiu. Mniejszy lub większy. A teraz osiągnęłam wszystko, co chciałam. Odcięłam się od rodziny, wyrobiłam całkiem niezłą pozycję w fotomodelingu. W wytwórni też jest okej. Nawet Jonathan mnie nie wkurwia.  Mimo to... Nieważne.- westchnęła cicho. 
-Czegoś ci brakuje.- dopowiedziałem. Ann nie odezwała się. Twardo wpatrywała się w drogę przed nami, przygryzając wnętrze policzka. Wahała się. Dało się to poznać na kilometr. 
-Mała, nie musisz się niczego bać. Cokolwiek myślisz, czy chcesz zrobić, ani ja, ani chłopaki cię nie zostawimy.- powiedziałem po chwili. 
-Ale ja nie wiem, czego tak naprawdę chcę.- mruknęła. 
-No ja ci tego nie powiem. To twoje życie. Tylko od ciebie zależy, jak je przeżyjesz.- zacisnąłem dłonie na kierownicy. Nie lubiłem takiej niezdecydowanej małej. Z tego zawsze wynikały kłopoty. Czuję, że teraz też to tylko kwestia czasu. 
-Najchętniej bym w ogóle je zakończyła.- burknęła. 
-Nawet tak nie mów! Nie kombinuj! Jak tylko dowiem się, że coś planujesz, to zamienię resztę twojego żywota w istne piekło. A wiesz, że potrafię! Nie wiem, pogadaj z kimś, albo coś...- podrapałem się po głowie. 
-Niby z kim?!- prychnęła. 
-Na przykład z Andy'm. On miał dość trudne dzieciństwo. Zresztą wiesz. Albo jak nie potrafisz z nim, to choćby z Ash'em. 
-Coście się tak uczepili Purdy'ego?!- spytała ostro. 
-Bo chłopaki powiedzieli mi, że tylko on daje ci jakieś poczucie bezpieczeństwa. I też wie coś o życiu.- broniłem siebie i tego debila. Może faktycznie jest miedzy nimi coś, co pomogłoby im obojgu. 
-Poczucie bezpieczeństwa jest złudne. I nie powiedziałabym, że akurat on mi je zapewnia. 
-Ale jednak to on się o ciebie najwięcej martwi, dba o ciebie mimo, że jesteś chamska i złośliwa, no i stara się nie doprowadzać do konfliktów. Swoją drogą, na jego miejscu już dawno bym cię udusił, albo olał te wszystkie zakazy i nakazy, patrząc na to, jak go traktujesz.- wypomniałem jej to. Może i już trochę odpuściła, z tego, co gadali chłopaki, ale już ja wiem, jak świetnie potrafi objechać człowieka. Za to zaskakiwał mnie Purdy. Zawsze charakterny i chodzący swoimi ścieżkami, przy młodej zrobił się potulny, niczym baranek. Powoli zaczynam rozumieć, po co Jonathan to wszystko wymyślił i wcale mi się to nie podoba... 
-Mógłbyś powiedzieć, że TRAKTOWAŁAM! Teraz jestem milsza.- żachnęła się. 
-To dobrze. Wiesz, jestem ciekawy, jak to z wami jest. Niby się kłócicie, ale jednak Ashley się zmienił. Na lepsze, o dziwo.- zastanawiałem się głośno. 
-Nijak! Próbujemy się polubić, ale jego wyznanie, że chciał mnie zaliczyć, nie pomaga.- spojrzała przez okno. W tym momencie wybuchnąłem śmiechem. -A tobie co?! 
-Nie, że coś, ale bardziej bym się martwił, gdyby stwierdził, że nie chce cię przeleć.- krztusiłem się ze śmiechu. Przecież on jest w stanie zaliczyć wszystko, co się rusza. 
-Taaak? To możesz już zacząć, bo ostatnio zmienił zdanie i stwierdził, że jednak już nie chce.- rzuciła ze złośliwym uśmieszkiem. 
-Seerio? To co ty mu zrobiłaś, że biedakowi się odechciało?- rzuciłem jej rozbawione spojrzenie. 
-Wal się! Nic nie zrobiłam. Nie czaję tego kolesia. Jest porąbany.- pokręciła głową. 
-Jonathan to ma jednak łeb. Pasujecie do siebie, jak nikt. Oboje walnięci z problemami natury psychologicznej.- zaśmiałem się. Tu akurat trafił idealnie. 
-To nie jest argument! W ogóle, to zmieńmy temat! Denerwują mnie ciągle rozmowy o Purdy'm.- utkwiła wzrok przed sobą, krzyżując ramiona. Pozycja obronna. Nic już nie wyciągnę na ten temat. 
-Ostatnio łatwo się irytujesz.- wyrwało mi się. 
-Ulży mi, gdy komuś przypierdolę.- odszczekała. Wiedziałem, że tego nie zrobi, ale bałem się, bo wiedziałem, jak kiedyś sobie radziła. Przesadzała z różnymi pigułami. A z tego, co widziałem w jej łazience, ma całkiem spory zapas psychotropów. Oby nie postanowiła ich wykorzystać... 
-A jak tam przygotowania do matury?- spytałem. 
-Jakoś idzie. Powinnam zdać. Mam teraz kilka sprawdzianów w szkole i koniec. Jeszcze za kilka dni czeka nas kolejna trasa. Tylko tym razem krótka.- przyglądała się mi. 
-Wiem. Spotkamy się gdzieś po drodze. Na jakimś festiwalu, czy coś.- uśmiechnąłem się. 
-Serio? To super. Będę miała do kogo iść, jak mnie już całkiem wkurwią.- puściła mi oczko. Taak, już to widzę. Przecież ona ich uwielbia... 


Perspektywa Ann 

Siedziałam na ławce w parku czekając na Ash'a, który wrócił się po coś do samochodu. Byliśmy na krótkim spacerze, a teraz zaciągnął mnie tutaj, mówiąc, że zaraz wróci. Póki co, panowała miła atmosfera, ale wiedziałam, że potrafię to zburzyć jednym słowem. Wygładziłam nerwowo dół sukienki. Nie chciałam tego zepsuć. Tylko miałam świadomość, że ostatnio nad sobą nie panuję. Jednak nie mogłam nikomu powiedzieć, co siedzi mi w głowie. Lepiej, żeby nie wiedzieli. 
-Ok, już jestem. Idziemy?- przede mną niespodziewanie wyrósł basista, podając mi dłoń. Uśmiechnęłam się nieśmiało, wstając. 
-Po co szedłeś do auta?- zaciekawiłam się. 
-Zapomniałem czegoś. Ale teraz możemy iść dalej.  
-Aha.- mruknęłam, kierując się przed siebie. W centrum parku odbywał się jakiś festyn czy coś. Taaak festyn w lutym. Gdybyśmy byli w Polsce, nie byłoby to możliwe przez ten cholerny śnieg. 
-I jak tam apetyt?- basista rzucił mi badawcze spojrzenie. 
-Do bani. Dalej się zmuszam, żeby jeść. Na szczęście już mnie tak nie mdli. Gdyby nie nastawiony budzik, nie pamiętałabym o posiłkach.- westchnęłam ciężko. 
-Będzie lepiej. Zobaczysz. W trasie już cię przypilnujemy.- potarł moje ramię. 
-Niespecjalnie tego chcę.- zaprotestowałam słabo. 
-Oj już nie przesadzaj. Przecież i tak ciągle udajemy. No i podobno facet musi dbać o swoją kobietę.- uniósł brew Purdy. 
-Jestem samowystarczalna. Umiem o siebie zadbać sama.- stwierdziłam. 
-Ale ja to wiem. Mimo to i tak będę się martwił. Taka już natura samców. Tego nie zmienisz.- objął mnie w pasie. Nic już nie odpowiedziałam. Spacerowaliśmy tak kilka minut, obserwując ludzi wokół. Impreza w parku trwała w najlepsze. Były jakieś dmuchane zamki dla dzieci, animatorzy, muzyka i inne pierdoły. W USA każdy obchodził to święto mega hucznie. Ten naród ma coś z głową, ale okej... Niespecjalnie miałam ochotę na przebywanie wśród ludzi. Jednak nie miałam wyjścia. Z zamyślenia wyrwał mnie głos Ashley'a: 
-Ooo chodź!- pociągnął mnie za rękę w kierunku tłumu. Czego on znowu chce? Rozglądałam się lekko zagubiona, gdy nagle poczułam, jak basista wiąże mi coś na nadgarstku. Balon wypełniony helem. W kształcie serca. Krwistoczerwony. Na moje usta wpełzł uśmiech. -I jak? 
-Nie pamiętam, kiedy ostatni raz ktoś dał mi balon.- przyznałam szczerze. 
-Jakbyś mi powiedziała, co lubisz, to byłoby nam naprawdę łatwiej.- przyciągnął mnie do siebie, bo ktoś robił zdjęcia ludziom wokół. 
-No aleee ja nie wiem. Nigdy nie miałam żadnych marzeń. Ani nic.- powiedziałam żałośnie. Tak właściwie to nie miałam ani marzeń, ani celów życiowych, ani chęci do życia. Marzyło mi się tylko jedno. Święty spokój. 
-Zawsze mogę oddać ci woje marzenia. Chociaż, może lepiej tylko trochę.- zaśmiał się. Tak, już ja wiem, jakie może mieć marzenia taki Deviant, jak on. Dla własnego zdrowia psychicznego, lepiej już sama coś wymyślę... Chociaż, czy ja jeszcze jestem mogę o sobie mówić, że jestem zdrowa? Przy tej piątce debili prędzej, czy później każdy zwariuje...